czwartek, 8 stycznia 2009

Winobranie w Brun am Gebirge!!! - Zaległy Post

Na początku października 2008 spędziłem kilka dni w podwiedeńskiej miejscowości Brun am Gebirge uczestnicząc w winobraniu w winnicy Martina Niegla. Uff, jaka to ciężka i niebezpieczna praca ten tylko się dowie, kto niejednokrotnie omal nie uciął sobie paluchów sekatorem... W paru słowach postaram się streścić to jak wygląda typowy dzień zbieracza; głównie po to aby uciąć raz na zawsze tak częste romantyczne dywagacje, popełniane przy kieliszku czarującego czerwonego wina (najczęściej przed kominkiem) na temat idylicznej pracy zbieraczy winorośl, którzy to dopiero mają szczęście, że tak w naturze, że na świeżym powietrzu... Otóż przede wszystkim to mają obolałe kręgosłupy i spalone słońcem karki.



Dzień winobrania rozpoczynał się w winnicy Niegla o 7.30, kiedy to zaczynali się schodzić perwsi chętni do pracy. Byli to oprócz Martina i jego żony także mama, trzej bracia, kuzyn, przyjaciele rodziny i stali klienci lokalu Heurige, który prowadzi. Był także jeden pracownik i ja. Po wspólnej kawie wyruszaliśmy samochodami do winnic.



Tam każdy dostawał swój kubeł i sekator a Martin w tym czasie tłumaczył jakie grona zbieramy, jak restrykcyjna będzie selekcja i na co należy uważać (pleśń, choroby winorośli, przejrzałe bądź niedojrzałe owoce).



Mały traktorek z przyczepą ustawiany był między rzędami winorośli i cała drużyna przystępowała do pracy. Ja początkowo nie byłem zbytnio wydolnym zbieraczem. Zasypywałem Martina pytaniami o glebę, o wygląd liścia, o wielkość grona... Dużo czasu zajmowało mi również degustowanie owoców i próby nauczenia się podstawowych charakterystyk w smaku i wyglądzie Rieslinga, Gruner Veltlinera, Sankt Laurenta itd.



Gdy jednak nasyciłem swoją ciekawość a kolejna rana cięta na dłoni od nieuważnie prowadzonego sekatora dawała o sobie znać, zabierałem się również do monotonnej i ciężkiej pracy. Jedynym urozmaiceniem dnia był półgodzinny lunch, który jednak szybko mijał i nie dawał wystarczająco wytchnienia obolałym plecom.



Na zakończenie dnia około godziny 16.00 wracaliśmy do Heurige gdzie czekała na nas już wcześniej przygotowana biesiada w stylu wiejskim czyli mięsiwa, knudle i inne specjały kuchni bauerskiej mocno zakrapiane kwaskowatym Veltlinerem.



Dla zbieraczy był to koniec dnia, ja zostawałem jeszcze z Martinem i jego braćmi obserwując proces odszypułkowywania kiści, wyciskania moszczu czyli soku z winogron i jego przelewania do kadzi, w których miał się wyklarować- w przypadku win białych, czy też do wielkich kuwet, gdzie wraz ze skórkami poddawany był procesowi maceracji - w przypadku win czerwonych.


W wolnych chwilach łamałem kożuchy na macerujących się Pinot Noir'ach, Zweigeltach czy Blaufrankischach.
Na ostateczne zakończenie dnia zagłębialiśmy się z Martinem w piwnicy pełnej dębowych barrique by degustować próbki z beczek...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz